Moja pierwsza, ‚wymarzona’ praca w Holandii…

Praca – jest to jeden z podstawowych czynników, dla którego Polacy decydują się wyjechać za granicę. Możliwości lepszych zarobków, lepszego bytu czy też szybkiego zarobienia pieniędzy na dany cel itp.

Dlaczego wyjechałem za granicę i jak przebiegła moja podróż do Holandii opisałem w tym artykule. Teraz przyszedł czas napisać troszkę o mojej pierwszej, „wymarzonej” pracy za granicą. Taa… Wymarzonej… Ale od samego początku.

Przyjechałem tutaj z myślą, że będę pracował przy linni produkcyjnej i „pakował mięso„. Pamiętam, że w ogłoszeniu o tą pracę było dodane zdjęcie przedstawiające kobietę w białym fartuszku pakującą przy linni produkcyjnej mięso do plastikowych opakowań. Zapowiadało się ciekawie – czysta, fajna praca bez większego wysiłku. Jednak w rzeczywistości wyglądało to znacznie inaczej. Jak? O tym opiszę poniżej.

Pierwszy dzień pracy

Pobudka za piętnaście szósta, szybka kawa i w drogę. Przyjechał po mnie i współlokatora chłopak z tego samego miasteczka, który również tam pracował przez tą samą firmę co my. Jadąc obserwowałem bacznie całą trasę, jak wyglądają drogi w Holandii, zasady ruchu itp. Było ciemno, mgła, to za dużo nie zobaczyłam, ale zawsze coś w oko wpadło. Zakładu pracy nie musiałem widzieć, bo już go czułem z daleka – w pewnym momencie tak zaczęło śmierdzieć w samochodzie, że by ten smród nawet nieboszczyka wybudził. Ale to jeszcze nic… Mogę napisać, że to była taka rozgrzewka.

Po około 20 minutach byliśmy na miejscu. Moim oczom ukazuje się wielki budynek, z przodu prezentujące się oświetlone za szkłem biura i logo firmy. Smród się nasilił – próbowałem jakoś powstrzymywać oddech, ale było to bez sensu… bo w środku było to samo. Od razu przeszliśmy do szatni, gdzie tam wskazali mi na półkę z dużą ilością zapakowanych w folie ubrań mówiąc: – Wybierz sobie swój rozmiar i się w to ubierz… No okey, oczywiście swojego rozmiaru nie znalazłem, więc wziąłem byle jaki, abym tylko się w nim nie utopił. Był to taki ciemno-szary strój jednoczęściowy składający się ze spodni i bluzy – do zestawu dostałem jeszcze gumowce, które były z wierzchu całe brudne, tj. zaschnięta krew. Wyglądałem w tym jak jakiś pracownik przy skażeniach biologicznych, tylko, że bez maski na twarzy.

Zaczynaliśmy pracę o 7:15 – tak więc do tej godziny czekaliśmy na ‚kantynie‚, czyli tzw. pokój socjalny – miejsce, w którym spędza się czas przerwy. Zdążyłem napić się kawy i jak z bata strzelił, czas iść do pracy. Aby wejść do sekcji produkcyjnej trzeba było przejść przez maszynę, która wyczyściła mi podeszwy i jednocześnie zdezynfekowała ręce – musiałem wsadzić je w specjalnie dziury, które psikały płynem dezynfekcyjnym. Przechodzimy do dużego pomieszczenia, a nad moją głową wzdłuż i wszerz metalowe haki na łańcuchach, dookoła jakieś platformy i pełno maszyn. Przeszliśmy dalej, labirynty, z pięć par drzwi.. międzyczasie dostałam czapek, fartuch wodoodporny i stopery do uszu. Przeszliśmy do najważniejszej części całej hali – dwie duże blaszane maszyny na samym środku hali, przez które przechodzą te haki na łańcuchach, zaś obok basen, który szedł wzdłuż ich. W pewnym momencie wszystko rusza, haki zaczynają jechać w jednym kierunki… nasilający się hałas wraz z prędkością jaką poruszały się te haki, słychać co jakiś czas jakieś tarcia metali, tak przez około pięciu minut… wszyscy patrzą w jedną stronę, aż nagle za ściany zaczynają wjeżdżać na hakach kury, które były zawieszone na nich łapami, z wisającymi główkami do dołu, z których spływała krew do basenika. Sam widok to jeszcze nic, ale kiedy uderzył we mnie smród, który był do niezniesienia spowodował odruch wymiotny. Świeżo wypita kawa podeszła mi do samego gardła. W pewnym momencie zrobiło mi się słabo. Nie bez powodu – te kurczaki zostały chwilę wcześniej zabite, a dokładnie – miały podcięte gardło. Ble! Jeszcze ten widok – basenik z kremowych płytek, po których ściekała krew prosto do kratki. Widok ohydny! Aż na samą myśl mi ciarki przechodzą. Tylko zastanawiałem się co ja będę robił?! No właśnie… Kiedy już kury troszkę ociekły sobie z tej krwi, wjeżdżały do tej dużej, blaszanej maszyny na środku, tam one były parzone, skubane z piór i ucinane miały główki. Następnie wychodziły na zewnątrz, gdzie znajdowało się moje stanowisko, które piastowałem pierwszego dnia. Nazywało się ono „piórkowanie”. Świeżo oskubane kury przechodziły przed moimi oczami w tempie ok. 3-5 sztuk na sekundę, które musiałem ręcznie skubać z pozostałych pierz z tyłka, czy ze skrzydełek. To była jakaś masakra – z tych kurczaków na ręce spływała mi jeszcze gorąca krew, robiły mi się zakrzepy na rękach, a dodatkowo strasznie swędziało… ble. Stojąc tak przez 8 godzin machałem rękami jak głupi, zaś obok mnie inny chłopak, który jeszcze poprawiał. Pierwszy dzień za mną – była to dla mnie jak wygrana w totolotka, przeżyłem! Byłem w szoku, bo nie tak sobie wyobrażałem swoją pracę.

Kolejne dni pracy

Kolejne dni były podobne – lecz pewnego dnia zacząłem robić coś innego. Przeszedłem do hali obok, również nad głowami haki, kurczaki i wszystko się rusza, kapiąca na głowę woda bądź spadajcie jakieś resztki trzewi, to była norma. Stałem sobie w jednym miejscu, w którym maszyna urywało wiszącym kurom szyjki. Tutaj byłem odpowiedzialny za obieranie szyjek kurczaków ze skóry – jako, że po części robiła to maszyna, to jeszcze nie było tak źle. Ale wszystko zależało od wielkości kury – jak była mała, to mniej spadało ze skórą, jak duża – więcej. Musiałem mieć czas na obieranie tych szyjek ze skóry, przekładanie skrzynek, gdy się napełniły, wypłukanke i ustawianie ich w metalowym kontenerze. Robiłem to najdłużej – wydawało się takie proste, co to tam obrać ze skóry szyjkę kurczaka. Jednak to nie było takie łatwe, szczególnie, że było takie tempo… nad głową dziennie przyjeżdżało mi od 20 do 30 tysięcy kurczaków.

Dodatkowo, co musiałem robić w zastępstwie, to przed wyjściem kurczaka do tej sekcji, gdzie będzie rozdrabiany na mniejsze części (udka, filety itp.) ucinać nożycami kurczakom szyjki, które maszyna ominęła w powyżej opisanym etapie i w razie czego poprawić łapę kurczaka na haku bądź podnieść te, które spadły przy przejściu między maszynami. To już było nudne zajęcie, bo musiałem stać na platformie z głową uniesioną do góry i wypatrywać, który kurczak źle wisi, albo ma szyjkę i ją uciąć. Raz się zdarzyło, że byłem tak znudzony, że o mało nie usnąłem na stojąco, lecz wybudził mnie fakt, że w pewnym momencie z ręki wypadły mi nożyce.

Kilka małych dodatkowych informacji

Zdarzało się tak, że gdzieś tam na górze kurczaki się nie porozumiały i pojawiały się problemy np. wpadły dwa kurczaki na jeden hak, co za tym idzie, gdzieś blokowały się w maszynach i nagle było słychać na całym zakładzie dzwonek (tj. szkolny) i wszystko stawało – zależy gdzie to się stało. Jeżeli gdzieś na początku, to stawało wszystko wstecz. Zaś jeżeli gdzieś np. na hali gdzie odbywało się pakowania mięsa (czyli na końcu), to stawały wszystkie haki, maszyny od samego początku. Wtedy wszyscy biegali i patrzyli tylko gdzie jest awaria, aby szybko ją wyeliminować i ruszyć dalej.

No właśnie, a jeżeli wracamy do hali pakowania mięsa, gdzie miałem faktycznie pracować – przy pakowaniu mięsa byłem tylko wtedy, jak przez tą halę przechodziłem podczas wywożenia kontenerów flaków do śmietnika. Tak właśnie wyglądała moja praca „przy pakowaniu mięsa”.

Kolejną sprawą to był mój tzw. „kierownik zmiany” – był on z Portugalii, „Alehandro” się zwał – mówił jedynie po holendersku, no i same podstawy angielskiego, których ja jeszcze nie znałem. Pamiętam, że próbował mi mówić coś po angielsku, ale ja po prostu go nie rozumiałem. To potrafił iść po innego polaka, który znał holenderski, aby mi przetłumaczył to, co do mnie mówi. Potrafił iść po kogoś na drugi koniec hali. Te jego poświęcenie było godne podziwu, hehe.

Podsumowanie

Podsumowując, tak to wyglądała moja praca za granicą. To wszystko nie odzwierciedla tego, co widziałem i przeżyłem tam na miejscu. Najlepiej zobaczyć to na własne oczy i przeżyć na własnej skórze, by wiedzieć o czym piszę. Wytrwałem w tej pracy aż 3 tygodnie! Chciałem już po trzech dniach zrezygnować i wracać do Polski. Kiedy powiedziałem to koordynatorowi, ten odpowiedział: – Ale przecież szef jest z Ciebie zadowolony jak pracujesz i nie widzę sensu, abyś miał rezygnować. Więc pomyślałem: – No dobra, jak im się podoba to jak pracuje, to zostanę. Dopiero zajęło im to 3 tygodnie, aby przejrzeć na oczy, że jednak nie jestem taki dobry, jak oni by chcieli. Przyszedł ten dzień, kiedy koordynator do mnie mówi: – Darek… dzisiaj był to ostatni dzień Twojej pracy tutaj, musimy zmienić Ci miejsce pracy, ponieważ tutaj Twoja kariera się zakończyła. Nawet Ciebie nie chcą już na produkcji (do pakowania mięsa). Nie oszukujmy się, ale ja się nawet nie starałem, bo nie chciałem tam pracować dłużej… zostanę tyle, ile będę mógł. I tak zakończyła się moja historia z kurczakami. Powiedziałem sobie: – NIGDY WIĘCEJ! Choćbym miał wracać do Polski na pieszo, na pewno bym tam nie wrócił pracować. Po prostu ten smród, widoki i Ci ludzie… – NIE, NIE i jeszcze raz NIE…

Jeżeli Wy macie (lub będziecie mieć) zamiar jechać do Holandii „do pakowania mięsa„, upewnijcie się, czy czasami nie trafiacie do tego pierwszego członku hal, gdzie ja – czyli „ubojni„. Bo jest to niemiłe rozczarowanie, które potrafi dość zirytować. Chyba, że komuś po prostu nie przeszkadza smród, widok kurczaków z podciętym gardłem wiszących do góry nogami czy krew na rękach i wszelki kontakt z jeszcze ciepłym mięsem…

Jak Wam podobała się moja historia? Jak byście postąpili w takiej sytuacji? Zostali, czy jednak zdecydowali się na powrót do kraju? Czekam na Wasze odpowiedzi w komentarzach!

 

Dalsza część historii: Zostałem oszukany w Holandii przez agencję pracy